Dziecko moje

Jest tu gdzieś, czuję jego obecność. Jakby bawiło się ze mną w chowanego. Wystawia spod czupryny zmierzwionej porannym wiatrem, dwoje świdrujących oczu. Mógłbym je poznać w każdej sytuacji. To moje oczy. Ten sam błękit, to samo zuchwałe skupienie, ta sama zielonkawa plamka bliziutko lewej źrenicy. To moje dziecko. Nie nie mam tu teraz na myśli moich córek. To moje dziecko to ja, które mimo lat wciąż mi towarzyszy. Nie zgubiło się nigdy: ani podczas nieszczęść i utrapień, ani hulanie i swawoli. Nawet ciasnota kryzysu wieku średniego nie dała mu rady. Jest. Tak po prostu. Kiedyś nie chciałem zaakceptować jego istnienia. Pędziłem by licząc na jego zadyszkę zgubić je gdzieś pomiędzy kartkami kalendarza. Zadyszane wracało. Czasem chrząkało dyskretnie, najczęściej jednak milczało.
W końcu jednak przyszła akceptacja. Co więcej zrozumiałem, jak wiele musiało dźwigać na swoich małych pleckach. Pamiętacie żonę Lota? Od nadmiaru wrażeń i obrazów zastygło jak słup soli. Życie odebrało jej wszystkie smaki. Pozostał tylko słony wywar rozpaczy. Taki los spotyka wiele osób, niby idą, są już jednak pozbawieni wszelkich smaków. Zawsze zostaje im jeden albo gorzki jak liście babcinych ziół kładzionych na stłuczone kolana (oblizywałem je, by sprawdzić, gdzie kryje się ich lecznicza moc) albo ostry, tak bardzo, że nawet nie ma co słów o nich kłaść na język. Najczęściej jest jednak słony smak rozczarowania. Nadmiar dziecięcych wrażeń zbyt ciężkich na lekka dusze dziecka wylało się po jego małych członkach. Zastygamy jednak nie tylko w smakach. Zastygają nasze szyje, nasze kręgosłupy porażone nadmiarem niechcianych emocji. Kurczą się żołądki, uciskają skronie. Z tym wyrokiem idziemy przez życie, bo nie potrafimy znaleźć sposobu na uwolnienie.
Porozmawiałem z moim dzieckiem. Już nie chowa się po kątach. Razem szukamy naszych smaków, razem kruszymy pancerze. Jest mi dobrze z tym kompanem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.