Dziennik podróży – 1

Dedykacja przewidywała kilka głębszych oddechów na wznak wypowiadanych. Dla wzmocnienia smaku >>>  „Najgłębsze uzdrowienie” zespołu 432hz. <<< Potężna dawka dźwięku, w odcinających od reszty świata, słuchawkach. Bartkowe kulki pod głową uwalniające kark od sztywności. Zaczynam niesamowitą podróż. Muzyka rozkołysała głowę, która miękko toczy się w nierealnej przestrzeni. Głowa w tańcu zaprasza do muzycznego wiru zbolałą duszę. Unoszą się ręce jakby chciały czerpać z tej kosmicznej energii. Drżą! Przestałem myśleć. Obserwuję jak dziecko z rozdziawioną miną. Co tu się dzieje? Nie mam zamiaru się zastanawiać. Patrzę! Ręce strzepują coś z klatki piersiowej, odpychają mrok otaczający serce. Stawiają opór temu, co złe, Przebiegające przez ciało dreszcze potęgują jeszcze bardziej te niesamowite doznania. Zimny dreszcz uwalnia łzy. Płyną z bezsilności, z potrzeby miłości. Obracam się intuicyjnie do asany w pozycji dziecka. Przez ciało przepływa modlitwa niewypowiedzianych słów, niewyrażonych prósb, nieuświadomionych myśli. Spłynęła… Czuję ciszę. Chce tam wrócić.

Czarny anioł

Czasem przelatuje tu bardzo blisko. W sumie go nigdy nie widziałem ale czuję nieuchwytny niepokój jego obecności.
Musi mi się z ciekawością przyglądać. Czasem odfruwa wysoko, nawet cień jego nie ślimaczy się po ziemi. Czasem zniża lot, wtedy w powietrzu czuć nieprzyjemny chłód. Choćby nie wiem jak bardzo upał topił ziarnka piasku, to chłód i tak się pojawia. Chciałbym wiedzieć gdzie lata, mógłbym wtedy unikać bycia w jego cieniu. To bardzo nieprzyjemne uczucie. Najgorsze jest jednak wtedy, gdy podczas podniebnych popisów muśnie Cię skrzydłem nieostrożnie. Wtedy chłód zmienia się w mroźny oddech śmierci. Kriogeniczna antyterapia. Zatrzymanie w niebycie. Obojętnie gdzie muśnie, pustka wylewa się najpierw na żołądek, wypycha później ku górze wszelkie niestrawione resztki. Czy można czuć nic-nie-ma? Absurdalna to teza, a jednak towarzyszył mi trudny do określenia chłód. Przemykał po ciele spinając ciało. Niczym drzewo chowające się na powrót do nasienia i rozpadające się na moich oczach kurczył mnie całego. Nic-nie-ma i nic już nie jest. Pustka demolująca wszelkie cele i sensy. To co nazwane przestaje mieć już znaczenie.

*****
Dziś małe sprostowanie. Przeżycie, o którym dziś mowa jest niesamowicie autentyczne i trudne. Mimo upływu kilku godzin wciąż jest we mnie żywe. Zazwyczaj to, co tu opisuję wiąże się z obecnością w doświadczeniu innych osób. Dlatego to dzisiejsze wyjaśnienie, by powyższego doświadczenia nikt spośród osób dla mnie ważnych nie wiązał ze swoją osobą i tym bardziej nie brał sobie poczucie nieuzasadnionej odpowiedzialności czy winy.
*****

Skąd się wzięło dzisiejsze tu i teraz. Siedząc sam w pokoju rodziców wyciągnąłem zakupioną dziś książkę. NIE MA Mariusza Szczygła. W sumie nie byłem w stanie przeczytać nic więcej niż dedykację mieszczącą się na początku tej książki. To wtedy się wydarzyło. Przypomniał mi się >>>>>> dawno oglądany film o śmierci piłkarza na boisku <<<<<< ilustrowany rzewną arabskim zawołaniem. To podczas oglądania tego filmu świadomie przeżyłem ten lęk po raz pierwszy.

Nic nie zatrzyma Twojego serca

Dziura w sercu, niby tylko niewielka szczelina, a naprawdę ogromna wyrwa braku okazywanej miłości. Z tą diagnozą szukałem recepty. Chirurdzy mają swoje pomysły. Gdzie jednak recepta na zranioną duszę. Pojechałem na ŻBO. Liczyłem, że dowiem się od Nicka jak sobie radzić z tym, gdy brak Ci czegoś tak ważnego co jest częścią Ciebie.
Tymczasem odpowiedź przyszła nieco wcześniej. To dzięki Łukaszowi Milewskiemu usłyszałem kilka ważnych dla mnie słów.
Zacznijmy od tych wydawać by się mogło najbardziej oczywiste:
Kochać siebie to cenić siebie. To czuć taką wartość siebie, która nie znajduje odbicia w żadnej cenie, nawet tych w dubajskich kurortach. Trudno jest kochać siebie, gdy inni Twoją miłość za nic mają. To jednak nie egoizm, trzeba najpierw pokochać siebie, by z tą miłością na rękach iść do innych ludzi.
Nie trzeba trzymać za rękę tylko za serce – mówił Milewski. Gdy tak jest, to nic a nic już nie jest potrzebne. Tylko serce przy sercu. Serce do serca wyśpiewujące pieśń pełną miłości. Dlatego Nick jest tak szczęśliwy, bo najważniejsze, by ktoś trzymał Cię za serce. Nawet jak się wszystko sypie w maku drobiny najmniejsze.
Łukasz mówił też o strachu. Strach ma spełniać swoją funkcję. Był i zawsze będzie obecny. Jest nieodłączną częścią walki o przetrwanie. Co z nim należy zrobić? Pozwolić mu być. Banał. Nie bój się bać – mówił Milewski. Akceptacja swojego strachu nie jest banałem. Trzeba sobie „pozwolić sobie się bać”. Szaleństwo? „Tylko szaleńcy uratują świat”.

Już dziś możemy sprawić by wokół nas działo się życie bez ograniczeń. Nic nas nie zatrzyma. Nic nie zatrzyma Twojego serca. Nikt!!! Ono ma prawo do dni kolejnych. Do wybijania miarowych kroków szczęścia. Nic nie stanie mu na drodze.
Dziękuję Łukasz za tę wiarę.

Oceny

Szczerski, Hillar, Milewski a nade wszystko Vujcic sprawili, że drugi etap zbierania dobrej energii zaczął się niezwykle mocno i poruszająco. O tym jeszcze będzie w kolejnej opowieści. Jednak najbardziej poruszyło mnie coś innego. O tym dziś.
Ogromna hala. Lampy lekko rozświetlające niebieski półmrok. Kilka potężnych reflektorów pewnych ruchem, jak noże przecinało powietrze wydobywając z ciemności główne postaci tego wydarzenia. Na boku jednak przemykała mała kulka. Jak krągły robocik z Gwiezdnych Wojen, wierny kompan w podróży, sunęła niemal nad ziemią. To kilkuletnia dziewczynka pozbawiona nóżek i jednej rączki. Sprawdzałem czy to litość, czy to jakaś troska dwóch córek. Było wzruszenie w moim sercu ale i zachwyt, a nie litość. Z dziecięcą odwagą po prostu się bawiła, po swojemu szurając w ogromnym tempie po hali. Falbany jej sukienki z trudem nadążały za nią na zakrętach. Pełna energii i radości oddawała się zabawie. Nie sama. Inne dzieci szybko dołączyły to tego wiru radosnej energii. Co więcej mimo swej pełnej sprawności zaczęły się poruszać jak ona. Czysta akceptacja.
Litość, współczucie chyba niepotrzebne.
Tak sobie myślałem, że dziewczynka oddawała się tym nieskrępowanym zabawom nie dlatego, że nie dostrzegała oceniających jej możliwości spojrzeń ale dlatego, że ta ocena do niej nie docierała.
Nie jesteśmy w stanie ustrzec się przed ludzkimi ocenami. Tak funkcjonujemy. Nawet gdy ich nie wypowiadamy wyzierają nam bezczelnie z oczu. Możemy to zmieniać, ograniczać wyrażać z troską i wsparciem ale też chyba trzeba zaakceptować, że taki posiadamy mechanizm funkcjonowania. Najważniejsze byśmy jednak pewni swego, nie pozwalali ocenom innych na wyrządzanie nam krzywdy. Bądźmy pewni swego, bądźmy pewni siebie. Czyści jak mała kuleczka szurająca po parkiecie wrocławskiej hali.
W końcu na scenie pojawił się Nick Vujcic. Dziewczynka zastygła wpatrując się na scenę. Znieruchomiało moje serce pełne wzruszenia. A dziewczynka… Popatrzyła chwilę i ruszyła dalej.
Zatrzymałem się i ja chwilę. Przysiadłem, pomyślałem i ruszyłem w dalszą drogę.

Przemienienie

Przemienienie – to jedno ze słów znajdujących się w nazwie szpitala, w którym znalazłem schronienie w ciągu ostatnich dni. Pod koniec pobytu uświadomiłem sobie znaczenie tej nazwy.

Dla przypomnienia: przemienienie to zapis pewnej biblijnej sceny. Oto Jezus wybiera trzech, spośród grona towarzyszących mu uczniów. Wspinają się na górę Tabor. Z punktu widzenia osób postronnych dzieją się tam rzeczy co najmniej dziwne. Jeszcze dziwniejsza wydaje się być reakcja uczniów. Główna myśl jest jednak chyba taka, że ten sam Jezus daje się im pokazać od zupełnie innej, dla nich zaskakującej strony. Nie jest tak, że to inna osoba. Przemienienie sprawia, że można odkryć coś co istnieje a nie dało się nam poznać.
Co ma przemienienie do mojego szpitalnego pobytu? Zabieg, którego się tak bałem okazał się nie być aż tak uciążliwy i dla ducha i dla ciała. Dlatego leżąc w dwuosobowym pokoju miałem okazję do wielu obserwacji. Przede wszystkim samego siebie w różnych rolach, tak dalece innych, od tych w których uczestniczę każdego dnia.
Przedłużający się pobyt sprawił, że wyszedłem z nieco zatartym poczuciem upływającego czasu, jakimś dystansem do mknącej rzeczywistości. Magiczne osadzenie w tu i teraz sprawiło, że mogłem się zobaczyć inaczej. Przemienionym czyli wciąż tym samym ale z czymś na nowo odkrytym w sobie.
W szpitalu podobno ma się nadmiar wolnego czasu. U mnie tak nie było. Dopiero w przedostatnią noc obejrzałem film. Szukając tytułu do obejrzenia moją uwagę przykuła okładka. Kiedyś otrzymałem piosenkę, jak się okazuje z tego filmu.
„In to the Wild” trafił wtedy w czas. Kilka godzin wcześniej planowałem szpitalny detoks w leśnej głuszy. Dla mnie to film, który opowiada nie tylko o drodze do wolności. To opowieść o poszukiwaniu szczęścia. Szczęście bohater odnajduje. Długo się nim nie nacieszy, bo umiera. Tak, niestety. Nie cierpię takich zakończeń. Zwłaszcza w miejscu, w którym byłem nie było to fajne przeżycie.
W filmie padło kilkukrotnie zdanie: NAZWAĆ WSZYSTKO WŁAŚCIWYM IMIENIEM.
Przemieniać czyli odkrywać to co wciąż tkwi we mnie nienazwane. Przemieniać dopóki wszystko zostanie odpowiednio nazwane.

Z ręką na sercu

Dziś zabrałem się nieco inaczej do pracy. Metafora to podróż w nieznane. Nakreśliłem sobie mapę. Ścieżki myśli splatały się w różne kształty. Kręte linie spotykały się w podobnym miejscu, a czasem z tego samego miejsca wiodły w tak odmienne miejsca. Żadnych praw, reguł czy logiki. Gdzie dziś poprowadziły?
Z ręką na sercu – to mówić prawdę najprawdziwszą, to jak przed Sądem Najwyższym składać przysięgę tak uroczystą, że sięgającą majestatu Ostateczności. Prawda mieszka w sercu. Wir synaps w ogromnym pędzie z równą swobodą tworzy myśli ale i iluzje.
Tymczasem serce przywiązuje się do prawdy… zawsze. Serce nie oszukuje, nie manipuluje, nie koloryzuje. Dlaczego tak jest? Nie wiem doprawdy ale czuje to całym Sercem.
Z ręką na sercu można sprawdzić, gdzie jestem. Nie trzeba ku temu map i kompasów. Jestem tu i teraz z każdym serca biciem. To najważniejsze.
Można też to serce zasłonić. Wtedy też ręka na piersi ląduje. Stawiam granice, której nikomu przekroczyć nie wolno. Bronię się i chronię. Nie chce szarpania. Chce słyszeć jego dźwięcznego bicia. Chce o nie zadbać czule. Szeptać słowa pełne miłości. Dotykać, pieścić i masować. Dobrze, gdy dłoń na sercu ląduje odbierając ciężary niemożliwe dla niego do udźwignięcia.
Gdy serce jest masowane, można je wtedy ku życiu przywrócić. Nie tylko gdy staje ugodzone zawałem, także wtedy, gdy brak mu miłości.
Serce jak opoka, nie jest zimne jak skała, nie pełne śmiertelnego chłodu lecz ciepłe jak bose stopy śmigające po nadmorskim piasku.
Duchowe kroku odliczanie, duchowe życiu życia oddawanie.
Z ręką na sercu… Może wtedy jest dopiero tak naprawdę prawda, gdy dłoń drugiego człowieka słucha muzyki serca.
Z ręką na sercu jak salut żołnierza, miłości hołd oddany na wszelkie świętości wiecznego bicia serca Nieskończonego.

Historia, która wydarza się na nowo

Niedawno za sprawą wydawnictwa lublińskiego uniwersytetu zostały przypomniane nam trzy opowiadania Olgi Tokarczuk wydane pod wspólnym tytułem: „Szafa”. Nie chcę recenzować tej książki. Będzie to raczej spotkanie prywatne, którym chciałem się podzielić. Może musiałem tak zrobić, może taki jest los książek, że są one początkiem jakiejś drogi, którą wraz z autorem współtworzymy. Z nim stawiamy pytania i razem szukamy odpowiedzi. Chciałem dziś zaprosić Państwa, jak Umberto Eco, na spacer po lesie fikcji. Dla niego lasy to metafora tekstu narracyjnego. Wie on, że w tego rodzaju tekście czytelnik zmuszony jest dokonywać nieustannych wyborów. Można w takim lesie szukać tego, co istniało w naszej pamięci. Nie jest czymś złym, spacerując po lesie korzystam ze wszystkich doświadczeń swojego życia, próbując dowiedzieć się czegoś więcej o życiu, także o swoim życiu, o przeszłości, o przyszłości. Interpretacja wymusza na nas pamięć o tym, że las stworzony został dla wszystkich. Nie można więc szukać w nim tylko tych faktów i tych uczuć, które dotyczą tylko mojej osoby. Nie musimy iść jednak tą drogą, posłużymy się tekstem do naszych niejasnych celów. „wykorzystywanie tekstu do snucia marzeń na jawie wcale nie jest zakazane, robimy to często, ale marzenia są sprawą publiczną; doprowadzają nas do tego, że poruszamy się po narracyjnym lesie, jakby to był nasz prywatny ogród”. Ważnym jest aby nie zachować się jak barbarzyńca w ogrodzie.
To ja chciałem, żeby Olga Tokarczuk powiedziała mi to, co właśnie opisuję. W dzieciństwie każdy chyba miał swoje magiczne miejsca. Takie właśnie miejsce przypomniało mi się po przeczytaniu opowiadania „Szafa”. Jednym z moich ulubionych była półmetrowa przestrzeń pomiędzy drzwiami. Wyglądało to trochę, jak szeroka framuga zamknięta z obydwu stron płaszczyznami drzwi. Nazywałem to miejsce windą. W mojej miejscowości nie było prawdziwych wind, ta jedna była więc miejscem szczególnym. Pozwalała przed wejściem do domu otrząsnąć się z tego, co przykrego spotkało mnie „w świecie”. Umożliwiała zamaskowanie uśmiechu, by dopiero w domu móc objawić napotkaną radość. By móc innych zaskoczyć swoją radością.

Historia dopadła mnie, gdy stałem na wysokim krześle. Powodem tego niecodziennego przeżycia nie była zielona poduszka niezbyt trwale związana z ciemną powierzchnią siedziska krzesła. Robiąc porządki, wyciągając z półek stare szpargały wysunęła się nieco pożółkła i zmęczona przez czas kartka.

To wyżej to szkic recenzji, która ukazała się przed dwudziestoma laty w Czasie Kultury. To ona znalazła się na kartce. Czas który odszedł, a jednocześnie wciąż jest. Historia, która wydarza się na nowo. Ta sama autorka w nowych powieściach, podobne myśli przebiegające.
Oczy mamy z przodu usłyszałem dziś ponownie. Nie oglądam się wstecz. Koło historii powraca. Niesamowicie mnie to poruszyło. Jeszcze na dodatek słowa Sorena Kirkegaarda, które wpadły w oko podczas lektury: „Życie rozumiemy wstecz, a przeżywamy w przód”.

Przeżyłem też w ostatnim czasie niesamowite spotkanie z człowiekiem, którego też nie widziałem pewnie z dwadzieścia lat. Tak daleki i inny a zarazem wyjątkowo bliski. Poruszające serce to spotkanie.
Historia przeżywana na nowo. Nawet nie wiem co napisać. Stoję wobec tych zaskakujących doświadczeń. Szukam sensu.

Dobra energia

Dziś tak po prostu. Nieco osobiście. Zbliża się 17 października. Mam na ten dzień wyznaczoną koronografię. Niby nic wielkiego a jednak zaprząta to myśli no i właśnie… serce. Może to strach, może to tylko taki sposób radzenia sobie ale zauważyłem i uświadomiłem sobie ostatnio, że zacząłem z wielkim zapałem przeżywać różne niezwykłe wydarzenia. Gromadzę dobrą energię, wzruszenia. Z wielką troską rozmawiam ze swoim sercem. Pewnie wiele z tych przeżywanych chwil znajdzie tu niebawem swoje odzwierciedlenie. Niedawno dostrzegłem coś jeszcze. Że wszystkie te wydarzenia zostały zaplanowane do tej jednej kluczowej daty. Trochę mnie to przeraziło a stado małych jeżyków zwiniętych w kulki poturlało się po moich plecach. Jednak ta refleksja też coś zmieniła. Najpierw w kalendarzu pojawiła się data spotkania, nieśmiało tak jakoś i z zaskoczenia. Wczoraj miałem okazję uczestniczyć w spotkaniu z Jurkiem Owsiakiem. Wiecie jak to z nim jest ogromna moc i energia. Może czymś się tu jeszcze podzielę jak te wystrzeliwane z ogromną siłą słowa zdołam dogonić w swym ślimaczym tempie. Przejrzę notatki, odsłucham wezmę dla siebie. Wiem, że wezmę. Mam już w głowie niejasne plany. No właśnie plany. Na to co będzie dalej. Pamiętacie może, to ma być rok odwagi. Są daty, są plany. Jest już chyba odpowiednia odwaga. Dziś też z dalekiej Japonii przyszedł przecudnej urody kalendarz Hobonichi. Już cieszę się, że będzie go wypełniała dobra energia.

Wzruszenie

Najpierw było jakieś poruszenie. Leniwie otwierające się oczy. Ręka sięgająca sufitu, później kreślące magiczne koła, które przywracają dłoniom ich codzienną użyteczność. Myśli przebiegają po ciele, sprawdzając czy wszystko jest na swoim miejscu. Nagle nieśmiało spomiędzy powiek wytoczyła się mała pękata łza. Nie wiadomo czemu chciała właśnie o tej porze świat zobaczyć, zawołała: Oto jestem! I przetoczyła się po policzku.
To był niesamowity dzień. Ukazał się mój komentarz do poruszającej historii chłopaka. To był początek wzruszenia. Zobaczyłem wielu ludzi na nowo. Zobaczyłem jak ludzie mieszkający daleko mogą być bardzo blisko. Było wiele wzruszeń do samego wieczora.
Długo też myślałem co ta soczysta kropla znaczyła.
Pomyślałem o pancerzu, którym się wiele lat osłaniałem. Wydawało się tak być bezpieczniej. Mniej bolało, mniej dawało się znaki.
Gdy zacząłem się czuć na nowo, pozwalać sobie na wszystkie emocje, zbroja zaczęła rdzewieć, puszczać pancerne nity utrzymujące ten obronny rynsztunek.
Zwiastun nowego życia wypłynął wczoraj spod zbroi.
Wzruszenie czy poruszenie sprawia, że nic nie jest już na swoim dotychczasowym miejscu.
Nadchodzi rok odwagi. Prawdziwa odwaga to stanąć na polu bitwy bez pancerza.

Łzy w zupie

Kuchnia przemian
Pięciu i jednej dodanej
Kroplą łzy w zupie
Smakowała wybornie
Choć okupiona
zawodem
Będzie lepiej
Bo być tak musi
Magia przypraw
Zmieni
Szare życie
Dobry dzień
Już nadchodzi
Kuchnia przemian
Pięciu i jednej dodanej
Leczy serca
Zbolałe