Wiatr

Wyobraź sobie upalny dzień. Tłuste i gęste do obrzydzenia powietrze stanęło próbując naśladować swym majestatem rzymskie pomniki. Oblepia Cię bezczelnie jak pijany prostak. Jedna chmurka na niebie bez obawy ospale sunąca po błękitnym oceanie. Wskazówki zegara jakby zapadły na podobną chorobę, zwolniły tempa wstrzymując oddech przy każdej wybijanej godzinie.
Nagle gdzieś na plecach pojawia się uczucie przyjemnego chłodu. Z zaskoczeniem odnotowujesz w myślach fakt, że chłód sprawia Ci przyjemność także w innych miejscach
Wiatr, gdy wieje najpierw przynosi niepokój, co tak naprawdę to ruchliwe powietrze przyniesie. Po nim zazwyczaj następuje zmiana pogody. Wichry życia też na ogół budzą pewnego rodzaju niepokój. Ten niepokój nie pozwala trwać wciąż w tym samym miejscu. Gdy się choć odrobinę poruszymy, łatwiej ruszyć w drogę. Tak rodzi się zmiana.
Chciałbym znaleźć wiatr, który wywieje z duszy zakamarków wszelki zmrok i przestrachu półcienie. Chciałbym być wiatrem, który przynosi ciepłe powietrze z południa. Wraz z tęczą zwiastujący ciszę po burzy, gwałtownej jak zwarte szeregi wojsk napastliwych.

Jesteś wiatrem – wszędzie i nigdzie – ASz

Koincydencja

Długo oczekiwana burza wbrew swej naturze przyniosła ukojenie. Pierwsze krople wielkie i odważnie przedzierające się przez chmury dały znak, że wkrótce nadciągnie cały ich oddział. Magnetyzm dziecięcych wspomnień sprawił, że z dawno niespotykaną lekkością wskoczyłem na drewniany stół stojący przed domem. Musiałem przywitać się z nadchodzącym deszczem. Chciałem nacieszyć się nim jak kiedyś. Przymknąłem lekko oczy, uniosłem w górę twarz, by przyjąć przetaczającą się nad wzgórzem energię. Zimne szpilki próbowały mnie zniechęcić zazdrośnie strzegąc swych skarbów. Gdy nie poddałem się, zaufały i podzieliły się wewnątrz skrywanym ciepłem. Uśmiech spełnienia, orgazm dobrych myśli i kwitnące szczęście. Krople deszczu rozpuściły ochronną skorupę. Trwałem w tym szczęściu w poczucie jakiejś niedookreślonej jedności.
Gdzieś na drugim końcu świata ktoś moczył nogi w rwącym deszczowym potoku. Jeszcze gdzieś w tym samym momencie ktoś przeżywa ten sam zachwyt pięknem siły przyrody nad brzegiem ciepłego morza. Ktoś znalazł miłość przytulony do delfiniego dzioba i zatopiony w jego pełnych czułości oczach. Jakby w tym samym momencie, na całym świecie, Nieskończona Siła uchyliła rąbek swej tajemnicy.
Koincydencja zachwytów. Mistyczna chwila uważności. Dzień cudów pełen.

Bezruch

Leżąc dziś w wodzie, zanurzony w turkusowej obietnicy pozwoliłem ukołysać do snu swoje superego. To rzadka chwila, gdy naczelny kontroler przestaje się we wszystko wtrącać. Jego kompulsywna potrzeba obecności na kilka chwil została uśmierzona. Woda tropiła zaułki linii papilarnych. Cykady inaczej odmierzały czas. Jakby gnał i zatrzymał się zarazem. Świat pchał się w nozdrza całą swoją niezwykłością. Kulawe serce radośnie szeptało tęskne wyznania. Poddawało się falom bujając na prawo i lewo. Zero myśli o tym co trzeba, co być powinno. O sensie i wszechbycie. Cudowność świadomości zatrzymanej chwili, narkotyczne trwanie w jednym mgnieniu.
Komar…
Bzyczenie…
Jaśnie Pan Superego powrócił. Koniec zabawy.

Bezdech

Jak to jest nie oddychać?
A jak to właściwie jest oddychać?
Długo o tym zwyczajnie nie myślałem. Ktoś mi nawet zwrócił uwagę, że ja to chyba w ogóle nie oddycham.
Oj przestraszyłem się potwornie, bo jak to… martwym nie chcę być przecież. Pozwalam sobie od tej pory głęboko westchnąć… Nie tylko po to, by w miniaturce przedstawić przerysowane teatralne widowisko. Bardziej sobie wzdycham głęboko by skołatanemu sercu dać trochę więcej powietrza. Świeżym krajobrazem podzielić się z nim, z wdzięcznością.
Bezdech czasem jest z zachwytu… by ważka, dzielny strażnik okolicy, mogła przycupnąć w spokoju na połamanym patyku i nie odlatywać zbyt spiesznie.
Bezdech jest też wtedy, gdy jest ciężko, gdy ogromny wysiłek nie pozwala na kolejne łyki życiodajnej niewidzialności.
Ale bezdech jest też, gdy góra marzeń zbudowana z małych uśmiechów, sypie się. Wstrzymujemy oddech by może tę delikatną nieuchronność powstrzymać. Cała mozolnie budowana konstrukcja szczęścia sypie się w bezładną stertę wspomnień.
Układanie bierek znów zaczyna się od nowa… ale siły i chęci do życia jakby chwilowo mniej. Bezdech trwa. A ja żyć chcę!

Radość

RAD już DOŚĆ. Tyle wspaniałych książek i tyle poradników, które chciałyby być i wspaniałe i przydatne. Każdy ma receptę na Twoje szczęście. Rad już po brzegi. Przelewa się poniekąd każdą dziurką. Każde kolejne słowo głośno wypowiedziane niczym mgła zalewająca brzeg jeziora więcej przesłania niż obraz wyostrza.
A już jestem rad. Mam w sobie słowa odpowiednie i energii właściwą miarkę. Rady te własne pozwolą sobie samemu poradzić. Jestem receptą na siebie samego. Czas by przez uśmiech zaczęły słowa małe bocianiątka wyfruwać na świat. Postanawiam uśmiech. Do dzieła!
Dziś jeszcze dwie inspiracje. Kto chce zagląda:

A tu doczytacie dlaczego wdzięczę się z ołówkiem w zębach 😉

Kadr

Dziś wpadło mi do głowy to właśnie słowo. Kadr to kadr – wiemy o co chodzi. Nie będę tu chwalił się sprawną umiejętnością posługiwania się Wikipedią. Sam też jednak mądrzejszej definicji nie ułożę. Powiem co czuję. Mówiąc kadr wyobraźnia przywołuje mi obraz dwóch dłoni na przeciw siebie rozstawionych i delikatnie tworzących okienko kadru wyłaniającego się spomiędzy złączonych palców wskazujących i kciuków. I towarzysząca temu ciekawość. Co też się w okienku wyłoni?

Kadr niby wycina z całej przestrzeni mały tylko fragment jak kawałek ciasta wykrojonego z ogromnego tortu. Zastanawiam się czy kadr pozbawia nas możliwości, okrada nas podstępnie z milionów innych rodzajów spojrzeń? Tak tego nie czuję.
Kadr daje popłynąć po morzu możliwości. Tak jak to często tu czynimy, spoglądając na te same rzeczy innymi sposobami, innym oczu wejrzeniem.
To spojrzenie jest mi bliższe. I myślę sobie, że paradoksalnie kadr uczy patrzeć na całość. By dokonać wyboru, podjąć decyzję kadru trzeba się wnikliwie przyjrzeć całej gamie wszechogarniających możliwości. Tak wielu ludzi każdego dnia fotografuje wieżę Eiffla. Wciąż znajdują się i tacy, którzy robią to inaczej. W fotografii cyfrowej jest tak, że decyzję o kadrze możemy zmienić, niekiedy delikatnie, innym razem dość radykalnie, odkrywając w każdym wyborze swe wrażliwe spojrzenie.
Ten blog nie jest jednak o fotografii. Jaką metaforą jest kadr?
W życiu też dokonujemy wyborów. Gdy niczym Gollum zaślepiony blaskiem pierścienia skupiamy się na jednej rzeczy, trudno nam dostrzec inne piękne rzeczy na naszej drodze. Mamy tendencję do bycia specjalistami w wąskiej dziedzinie. To chyba w dzisiejszych czasach konieczność. Jednak tracimy z oczu obraz całości skupiając się na detalach. Kluczymy po omacku przekładając ziarnka piasku, a wystarczyłoby podnieść głowę, by ujrzeć wygodną drogę.
Każda skrajność jest ograniczająca. Czasem warto zachwycić się nie pięknym górskim krajobrazem a małym żuczkiem w zielonym pancerzyku dumnie kroczącym po szutrówce prowadzącej do Jagodowej Polany. Jak piękny może stać się świat, gdy spojrzysz tylko na leniwie przeciągające się ślimacze czułka. Badają, poznają i dowiadują się wiele w swym codziennym lenistwie.
Ty kadrujesz. Ty dokonujesz wyboru. Masz mnóstwo możliwości. To jest piękne.
Są chwile, gdy dłonie ułożone w niczym geście modlitwy zachwytu nad światem bezwładnie opadają, gdy źrenice zdają się dostrzec niezwykłą tajemnicę świata. Wtedy już nie kadrujemy. Trwamy niemej adoracji zachwytu kołysani śpiewem ptaków.
*****
Tekst już był zakończony. Pora na zdjęcie. Pogoda dziś deszczowa a koniecznie chciałem opublikować go jeszcze dzisiaj. Szukałem ilustracji.
Znalazłem to zdjęcie autorstwa pana Zygmunta Trzebiatowskiego. Przedstawia nagrobek Krzysztofa Kieślowskiego. Trzy kolory. Czerwony. Szymborska. Miłość od pierwszego wejrzenia. Przypadek?
Trwam w zaskoczeniu i niezwykłym poruszeniu.

Drżenie

Ostatnio jakoś tak nieśmiało niezauważenie na scenę wkroczyło słowo drżenie. Nie ono było głównym bohaterem tamtej sztuki. Jednak nie dało o sobie zapomnieć. Dziś zatem przed Państwem drżenie…. Drżenie na scenę…. Nie ma. Przepraszamy droga widownio.

*****
Gapa ja straszna. Drżenie przecież przychodzi właśnie po cichu. Korzysta z różnych okazji. Drżenie lekkiego niepokoju, drżenie podniecenia, drżące oczekiwanie a nade wszystko drżenie serca. Serce jest metaforą która bardzo dopomina się o to by o nim powiedzieć. Wiele się ostatnio wokół serca dzieje. Nie jestem jeszcze na to gotów. Wybaczcie. Dziś o innych drżeniach.
Po co one są?
Znacie to uczucie drżenia, które przebiega przez Wasze ciało, z często towarzyszącą gęsią skórką na do tej pory aksamitnej skórze. Drżenie, gdy słyszysz słowa wypowiadane przez towarzyszącą Ci osobę, a będące tak bardzo Twoimi. Jakaś świadomość niepojętej rzeczywistości niezrozumiałej i obcej a jednocześnie tak bliskiej.
Drżenie oczekiwania na coś czego nie widziałeś a jednocześnie znasz. Jak wymarzony prezent pod choinką po stokroć wyśniony przed jego odpakowaniem.
Drżenie podniecenia smakiem, którego się jeszcze nie zaznało.
Drżenie to świadomość obecności tego co wciąż nie nazwane.
Drżę o moje serce. Drżę wraz z moim sercem.

Przepraszam

Dziś usłyszałem wypowiedziane do mnie z oddali: „przepraszam”. Sam mam problem niekiedy z wypowiedzeniem tego słowa. Nagle się okazuje trudne niczym wyjęte z chińskiego słownika. Bywa niezrozumiałe, czujemy uporczywą potrzebę przemyślenia wszystkiego na nowo byle tylko zbyt szybko słowa przepraszam nie wypowiedzieć.. Ostatecznie okazuje się, że by je uczciwie wypowiedzieć nie trzeba się wysilać specjalnie nad ułożeniem aparatu mowy. Wysiłek jest jednak ogromny. Trzeba stanąć w prawdzie wobec siebie. Prawdzie równie okrutnej, jak czyn, za który słowo trzeba wypowiedzieć. Trzeba mieć w sobie wiele odwagi. Nie po to by w pokorze słowo wypowiedzieć lecz by dopuścić smutną prawdę o sobie do siebie. Przepraszam jest zaklęciem, które czyni Cię na chwile malutkim jak ziarenko sekwoi. Jednak z tego ziarna może wyrosnąć ogromne drzewo. Jeśli będzie prawdziwe i pełne pokory. Znałem kiedyś toksycznego człowieka. Wypowiadał przepraszam, by kilka chwil później rzucać znów słowa uroków.

Przepraszam wymaga też odpowiedzi. Wiąże się z ryzykiem odrzucenia, jak w ostatnio opisywanym: Spotkaniu. Ścieranie dwóch wielkich energii, emocji nie do końca ugaszonych. Nie przepraszam za to, że żyję. Można chcieć zniknąć i uniknąć konsekwencji ale to żadne przepraszam. Przepraszam za to co konkretne, staję tu przed sobą w pokorze i gotów jestem na słowo, które zetnie niczym łeb skazańca.

Spotkanie

Magiczne drżenie naskórka, magia dziejąca się pomiędzy nami. To nie wstęp do nowego rozdziału erotyka ale opis spotkania dwóch osób. Podobieństwo z aktem seksualnym nie jest tu zdaje się przypadkowe. To zawsze będzie spotkanie dwóch energii, które bądź się zderzą i nieodwracalnie odrzucą, bądź też przyciągną się pomnażając energię coraz głębszej relacji. Jej finał nie musi, co więcej na ogół nie prowadzi, do szału miłosnych uniesień. Eros jest ważny ale równie ważne są: storge, filia czy agape. Spotkanie jest wydarzeniem. Skoro przyjmiemy to zdanie za fakt musimy też ponieść konsekwencje. Wydarzenie na ogół jest nieprzewidywalne. Tekst ten powstaje pod wpływem lektury artykułu z ostatniego Fenomenu. Nie będę tu za bardzo kroczył śladem myśli autorki Marty Katalo. Nie czuje się zobowiązanym w ślad za nią tłumaczyć idee dialogiki Martina Bubera. Podzielę się kawałkiem tego co moje. Tak się w moim życiu wydarzyło, że koło przeznaczenia zakreśliło swój bieg doprowadzając mnie do znanych mi już zakątków. Kiedyś podczas studiów teologicznych zachwycałem się wrażliwością i delikatnością opowieści prof. Jędraszewskiego dotyczących postaci i poglądów wielkich postaci tej antropologii filozoficznej: Bubera, Levinasa, Heideggera i innych. Dziś w zupełnie innej wrażliwości tkwi ks. Abp Jędraszewski, w innej wrażliwości odnajduje się teraz ja. Poznaję Gestalt. Uczę się na nowo filozofii dialogu. Powraca Buber. I gdy słucham o diadzie Ja-Ty czuje ją dosłownie w zimnym powiewie pokrywającym naskórek. W spotkaniu z Drugim wciąż się coś dzieje. To w relacji tworzy się opisywane w artykule przez Martę Katolo – self. Jestem stawaniem się. Jestem innym Ja dzięki Tobie, Twoim doświadczeniu i doświadczaniu Ciebie. Augustyn wołał do Boga, że: „jest bliżej mnie niż ja sam”, ale czy to nie dotyczy każdej uważnej relacji? Wiele splątanych wątków, myśli, losów jak obrazach kreślonych przez Kieślowskiego. I wciąż towarzyszące uczucie, że w tej plątaninie nie ma przypadkowości, że wszystko jest właśnie po coś, choćby koło przeznaczenia miało toczyć bardzo długi bieg.

„Jeśli jednostka ma przetrwać w świecie – musi się ciągle zmieniać” – Fritz Perls

Dla twojego dobra

Pomagać drugiemu człowiekowi to znaczy przede wszystkim robić dla jego dobra to, czego on naprawdę potrzebuje – Jerzy Mellibruda
Dzisiejszy wpis nieco odbiega od pozostałych. W chwili, gdy zasiadłem do tego wpisu wciąż jestem w świecie książki „I góry odpowiedziały echem” Khaleda Hosseini. Na tle historii wojen przetaczających się po Afganistanie autor kreśli swoją niezwykłą opowieść. Jeśli próbować jakoś wyobrazić metaforę drzazgi tkwiącej w sercu to książka będzie ogromną pomocą. Ta zadra wciąż tkwi i drażni jakieś dawno nienazwane emocje. Pierwszy obraz. Długotrwała susza. Strach przed śmiercią, która zabrała już tak wiele dzieci. I decyzja. Wybór, który wpłynie na losy wielu osób. Oto ojciec rodziny postanawia oddać do adopcji jedno ze swoich dzieci. Czy to jest wybór dla dobra dziecka? Dla czyjego tak naprawdę dobra? Emocje wzmagają moje osobiste przeżycia ojca adopcyjnego. Poplątane losy. Nie będę o nich w tym miejscu opowiadał. To miejsce nie służy by książkę zrecenzować. Tak naprawdę nie chcę i nie byłbym w stanie tego teraz zrobić. Zostaje z tym co książka we mnie wywołała. Pozwalam sobie na jakiś niepokój i niepewność. Często mi się zdarza podejmować różne decyzje, które wydawało mi się, że robię dla dobra jakiejś osoby. Jednak czy tak było na pewno?

W książce rozerwane zostały dwie bratnie dusze. Mimo, że dotyczyło małych dzieci i ulotna pamięć nie utrwaliła tego tragicznego wydarzenia, to jednak do końca dni rodzeństwu towarzyszyło uczucie nieuchwytnej pustki, niemożliwej do wypełnienia przez nic i nikogo. Poczucie braku i straty czegoś niezmiernie ważnego, co zarazem nie było przez nich w żaden sposób uświadomione. Gdzieś taką właśnie tęsknotę dostrzegam w sobie. Poczucie braku kogoś. Zarazem też jest obecne poczucie jakiejś mimo wszystko jego obecności.
Trzecie uczucie towarzyszące tej lekturze, które również wciąż jakoś mi towarzyszy, spotęgowane szkolnymi przeżyciami mojej córki. Los kobiet. Smutny, a wręcz tragiczny. Kobiety traktowane podmiotowo jak rzecz nie wnosząca sobą jakiejkolwiek wartości. Nie mam w sobie na to zgody.